Kiedy w zeszłym roku, do kin wchodził Jurassic Word Fallen Kingdom, wróciły wspomnienia z dziecięcych lat. Żaden inny film nie zapadł mi w pamięci i nie zrobił takiego wrażenia jak Jurassic Park. Więc nie dziwi że zanim nowa odsłona serii pojawiła się w kinach, ja marzyłem aby poczuć się jak John Hammond. Z ratunkiem przyszła gra pod tytułem Jurassic Park Operation Genesis. I na wiele lat pozostała jedyna opcją aby tworzyć idealny park rozrywki bez zwracania uwagi na koszta.

Spare no expense

Jakie było moje zadowolenie kiedy dowiedziałem się o produkcji która miała być duchowym następcom JPOG. Jurassic Word Evolution zostało wydane w zeszłym roku ale dopiero teraz mogłem w nią zagrać. I po krótkiej rozgrywce nie mogę powiedzieć, że to słaba gra. Ale widać że twórcy spieszyli się aby zgrać się z premierą filmu i nie do końca dopracowali każdy element.Słabo rozbudowany aspekt ekonomiczny czy irytujące rozwiązania w mechanice to tylko kilka z wad. Licencja którą Frontier Developments otrzymało do Universal Studio była pewnym ograniczeniem. Ale czy tak jest zawsze ?

Spare no time ?

Licencja to też książki

A co jeśli twórcy gry, nie śpieszą się aby wyrobić z wyznaczonym terminem przez licencjodawce ? Albo oryginał został już wydany dawno temu i nikt w szerszej popkulturze o nim nie pamięta ? To wtedy właśnie dostajemy gry na bazie literatury współczesnej jak Wiedźmin czy Metro. Zacznijmy od naszego własnego podwórka.Przygody białowłosego Geralta miały swoją pierwsza próbę adaptacji w 2001 roku. W tytułowego bohatera wcielił się Michał Żebrowski a film otrzymał bardzo słabe recenzje. Brak odpowiedniego budżetu i pomysłu na realizację okazały się największymi problemami produkcji. I nawet obsada składająca się z dobrych aktorów nie mogła uratować sytuacji.

Naprawdę na to poszło 18 milionów złotych ?

Nic więc dziwnego, że nikt nie miał nadziei na to aby stworzenie gry, o tej samej tematyce mogło się udać. Rękawice rzuciło CD Projekt RED i po zebraniu odpowiednich środków, stworzyło sztandarowy produkt swojego studia, i jedną z najlepszych serii gier w historii.

Kto by pomyślał że gra będzie lepsza niż film ? Gorzej i tak być nie mogło.

Nic więc dziwnego, że nasi sąsiedzi z za wschodniej granicy postanowili podjąć podobną próbę. Na warsztat wzięli powieść Dimitrija Głuchowksiego pod tytułem Metro. Akcja osadzona jest w Moskiewskim metrze, po nuklearnej katastrofie. Zespół 4A Games składający się z byłych twórców STALKER-a, świetnie się odnajduje w postapokaliptycznych klimatach. Pierwsza część stała się początkiem całej serii która otrzymała uznanie graczy na całym świecie. W obu przypadkach mówimy od bardzo dobrych grach, które podbiły rynek w bardzo szybkim tempie i wypromowały uniwersa bardziej, niż oryginały na których bazowały.

Moskwa w gruzach

Licencja na Zabijanie

A co jeśli sytuacja jest odwrotna i twórcy chcą wykorzystać sukces popularnej franczyzy ? My name is Bond, James Bond. To chyba jedno z najbardziej charakterystycznych przedstawień postaci, w historii kina. Do tej pory powstało aż 26 filmów o przygodach agenta 007, to potężna marka i ogromny zasięg wśród potencjalnych odbiorców. Jednak mimo sukcesów kasowych w kinach, nigdy nie doczekaliśmy się dobrej gry o najlepszym agencie MI6. Ostatnią próba było dzieło Bizarre Creations pod tytułem 007:Blood Stone. Mimo chwytliwego tytułu i fabuły której schematy upodabniają ją z filmową, rozgrywka pozostawia wiele do życzenia. Irytujące wyścigi w których gonimy przeciwników i kompletnie nie potrzebny system skradania, to tylko dwa przykłady na niedopracowanie całej gry. Nie ciężko jest zauważyć, że to ładnie zapakowana pułapka na wszystkich fanów protagonisty wykreowanego przez Iana Fleminga. Fani gier akcji będą bardzo zawiedzeni, a mówimy o grze która nie była wydawana równo z filmem.

I gdzie te gadżety od Q ?

A kiedy gra jest elementem promocji filmu ?

I nie mówię tutaj o zabiegu marketingowym w którym producenci filmu chcą zachęcić do przyjścia do kina, tylko o konkretnym skoku na portfele widzów i graczy. Najlepszym przykładem będzie Battle: Los Angeles. W 2011 roku w trakcie wakacji, mogliśmy oglądać kolejny wysokobudżetowy blockbuster, opowiadający o walce dzielnych amerykańskich Marines z inwazją obcej cywilizacji.

Jak inwazja z kosmosu to tylko na USA

Na pierwszy rzut oka widzimy, że nie możemy oczekiwać ambitnego kina, jednak rozrywkę która ma nam zapewnić przeczekania pomiędzy bardziej oczekiwanymi filmami. Jednak producenci postanowili wydać grę o tym samym tytule co film opowiadającą tą samą historię z trochę innej perspektywy. Zadanie to powierzyli studiu Saber Interactive ( przewiną się przez ten artykuł jeszcze raz) i dostaliśmy coś jeszcze gorszego niż sam film. Mówimy tutaj o kampanii którą można skończyć szybciej niż obejrzeć pierwowzór w kinie i grafice rodem z 2005 roku. Przymknąć oko można na to że w grze mamy dostępne tylko trzy rodzaje broni, ale tworzenie lokacji na zasadzie „kopiuj+wklej” i ustalenie ceny na poziomie 10 dolarów to zdzierstwo nie do wybaczenia.

Szkoda słów.

Word War Z – skąd my to znamy ?

Jeżeli film który bazuje na książce otrzymuje oceny poniżej zadowalających, to jakie oceny może otrzymać gra, bazująca na filmie który bazuje na książce ? Tym skomplikowanym wstępem można przedstawić grę która wykorzystuje popularność marki, tylko w celu szybkiego zarobku. Bo mimo tego, że film miał swoja premierę w 2013 roku, to nadal lubię do niego wracać ze względu na widowiskowość scen z zombie. Gracze oczekiwali, że otrzymają coś więcej niż oferował film, z kilkoma elementami które w nim były dobre. Jak na przykład chmary nieumarłych których jedynym celem jest nas dopaść. Jeżeli chcecie sprawdzić czy im się to udało to zapraszam do recenzji na naszym portalu. Ale coś co naprowadzi was na ocenę jaką obdarzyliśmy tą grę może być fakt, że za produkcję odpowiada Saber Interactive. I można zauważyć że Word War Z jest bardziej udane niż Battle: Los Angeles, jednak to nadal wykorzystywanie popularnej marki w celu szybkiego zarobku.

Do trzech razy sztuka ?

Zapraszamy do Recenzji Kamila :https://talesgame.com/2019/04/18/world-war-z-recenzja/

Licencja na Króliczka

A co jeżeli licencja nie dotyczy dzieła filmowego czy też pisanego ? Wtedy dostajemy tak wyjątkową produkcję jak Playboy: The Mansion. Powstała w 2005 roku mieszanka The Sims z grą ekonomiczną, bazowała na licencji do marki magazynu erotycznego, stworzonego w 1953 roku przez Hugh Hefnera. Znany wszystkim króliczek z muszką to symbol imperium Playboya, które na początku XXI wieku przeżywało stagnacje i słabnące wyniki finansowe, ustępując nowej formie rozrywki jaką jest internet. Nadzieją na ratunek było stworzenie gry mogącej zwiększyć popularność , wśród nowej grupy odbiorców.

Komuś to coś przypomina ?

Zabieg ten po części się udał. Studio Cyberlore garściami czerpało z The Sims, dodając kilka fajnych elementów, jak kreator wydania magazynu czy sesje zdjęciowe. Jednak po jakimś czasie dostrzegaliśmy monotonię, a ciągłe przeprowadzanie imprez w celu zebrania materiału do nowego wydania było irytujące. To wykorzystanie licencji do marki w tym przypadku było pomysłowe i nie można zarzucić twórcą, braku chęci przy tworzeniu gry.

Podsumowując

Jeżeli mielibyśmy ocenić wszystkie produkcje tworzone na licencji, zero-jedynkowo , to musielibyśmy być niesprawiedliwi. Bo nie da się wrzucić ich wszystkich do jednego worka, z jednej strony mamy produkcje typu Wiedźmin, a z drugiej wyłaniają się potworki jak Battle: Los Angeles. Dlatego nie powinniśmy oceniać ich przez pryzmat licencji, tylko podejścia twórców do swoich klientów, czyli graczy. I jeżeli uczciwie tworzą grę inspirowaną jakimś dziełem, stawiając na jakość i wspierając się popularnością marki, wtedy możemy być zadowoleni.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.